blog

sobota, 8 sierpnia 2009

çay czyli herbata

Maj 2007 Mahmutlar... proszona herbatka u człowieka prowadzącego restaurację... Turka - Bogusia. Boguś tak został przezwany przez jego polskich przyjaciół (podobno). Boguś jest otwarty. Mówi, że bardzo lubi Polaków. Rosjanie dla niego są niesympatyczni i wielokrotnie spotyka się z ich strony z lekceważeniem i brakiem odpowiedzi na zaczepne "PRIVIET". W najgorszym wypadku dostaje stek wyzwisk po rosyjsku (na szczęście ich nie rozumie). Jego restaurację obsługuje Holenderka - kobieta jego brata. Boguś jej pilnuje, bo kobieta jego brata mogłaby pójść z innym Turkiem... Dziwne to trochę, ale tak właśnie jest. Przecieramy oczy ze zdumienia. Ta kobieta podchodzi do nas stawia przed nami herbatę. Jest bardzo swobodna, ma przepiękne błękitne oczy, śródziemnomorską opaleniznę i piękne zmęczone pracą dłonie, jest pod jakąś 50-tkę. Opowiada, że przyjechała na wakacje i że zakochała się w kraju a potem w mężczyźnie i została. A przy okazji spogląda krytycznie na moje włosy i mówi do mnie, że przydał by mi się fryzjer, a tak dobrze się składa, że jej facet (a brat Bogusia) ma zakład fryzjerski i robi superowe fryzury i pokazuje na swoją głowę... Ja przez grzeczność nie mówię, że wygląda fatalnie i choćby mi ktoś miał zapłacić milion lirów tureckich nie skorzystam z zaproszenia. Spotkanie przy çay toczy się leniwie i wesoło. Zjedliśmy już baklawę, dla której tutaj się pojawiliśmy. W pewnym momencie Bogusia coś oświeca i mówi nam, że może byśmy zorganizowali sobie piknik przyjacielski nad rzeką Dim. Mnie się zaczyna zapalać ostrzegacza czerwona lampka w głowie, ale czekam co będzie dalej. Boguś wyłuszcza nam istotę piknikowania tureckiego z przyjaciółmi i rodziną. Dodatkowo już liczy (z ołówkiem i kartką w ręku ile to go może wynieść). Pyta się co byśmy zjedli,a my przecież jeszcze nic nie ustaliliśmy, nie mówiąc już o tym, że nie wyraziliśmy jeszcze chęci na na wycieczkę z Bogusiem. Nagle pojawia się znów kobieta jego brata i przynosi nam ulotki dotyczące organizacji wycieczek min, nad rzekę Dim. Czujemy się manipulowani i urabiani jak kula plasteliny. Zaczynamy się miksować z tego wszystkiego. Na początku miły i sympatyczny Boguś, nagle zaczyna się śpieszyć i postanawia wstać od stołu, gdyż ma coś ważnego do załatwienia, odchodzi szczerząc kły w nieszczerym uśmiechu i prosi, żebyśmy przed wylotem do Polski wpadli do niego. Jego OMC bratowa, też traktuje nas obcesowo, w rezultacie płacimy za baklawę i herbatkę na którą zostaliśmy zaproszeni... Wracamy do hotelu z mieszanymi uczuciami. Właśnie ktoś próbował nas wykorzystać finansowo... Mam niesmak ale mimo wszystko herbata turecka jest najlepsza na świeci, dopiero poniżej plasuje się tunezyjska mięta lub zielona herbata z orzeszkami pinii JRok później Boguś już nie ma knajpy, ale ma biuro podróży i krzyczy do nas głośno po rosyjsku. W jego biurze siedzi już jakaś grupa osób, które głośno rozmawiają... właśnie po rosyjsku, a Boguś jest w niebo wzięty i szczebiocze: "da, da, pażałsta". Rosjanie też siedzą przy herbatce, tak jak my rok wcześniej. Tylko nigdzie nie widać bratowej OMC. Może poszła z innym Turkiem, bo Boguś nie zdołał jej upilnować.

1 komentarz:

Agata Wielgołaska pisze...

jaka ciekawa historia z jeszcze ciekawszym morałem :)
ach, ta masowa turystyka..aż strach się bać... ;)