blog

wtorek, 29 lipca 2008

W polu, z papierosem w ręku i łzami w oczach.

Przyszła niedziela 27 lipca. Pobudka była szybka i nerwowa. Z nieba zaczął lać się żar. Nie można było wytrzymać w moim mieszkaniu. Zjadłam dwa tosty z żółtym serem i banana. Popiłam herbatą. Do pociągu wsiadałam z mokrymi włosami związanymi w kok. Pot płynął mi po twarzy, placach i czułam go nawet pod kolanami. Dosłownie czułam się jak rok temu w łaźni tureckiej.
Pociąg się spóźnił pół godziny, bo musiał przepuścić dwa intercity.Wyprzedzał je straszny gwizd a pozostawały po nich drżące szyby.
Spotkałyśmy się połowie drogi. Wyglądała świetnie. Zwłaszcza włosy, rewelacyjny kolor doskonałe ścięcie. UK służy, ale nie tylko jej.
Poczułam się jak taka wieśniaczka z zacofanego świata, z prowincji. Czułam się jak cholerny kopciuch... Tak był przez chwilę. Ale moja rezerwa została błyskawicznie wychwycona.
Uśmiechnęłam się i powiedziałam, ze cieszę się ze jest. To dziwne, spotkać kogoś po 9 miesiącach nie widzenia się i stwierdzić, że nic się nie zmienił. Czy jej obraz w moich oczach się nie zmienił?
Chyba nie. Bo to była moja siostra ... jak by na to nie patrzeć... Coś jak dejavu ...
Dzień się toczył gładko i bardzo słonecznie. Miło i wśród uśmiechów. Pogadałam z Adamem, wszystko utwierdza go w słuszności swojej decyzji. Rozmawiałam z człowiekiem dojrzałym, ukształtowanym i pewnym swego. A wyjeżdżał jako niepewny i zastanawiający się co przyniesie jutro. To, ze jest tam to dla niego szansa... Nie zgubił się i nie przegrał ...Odnalazł siłę i bardzo dobrze sobie poradził z wcale niełatwą drogą na szczyt.
Pozostawiona pod opieką babci córka dokazywała w ogrodzie. My poszłyśmy pogadać sam na sam, bez świadków i kłopotliwych pytań ze strony juniorki.
Usiadłyśmy w polu, na świeżo skoszonym sianie, pod stopami czułam rżysko, nad głową latały ptaki i niebo nie skąpiło błękitu i palącego słońca. Okoliczności były upajające, rozmowa się rozwijała... Siostra zapaliła papierosa, a ja powiedziałam, co mi leży na sercu.
Przez ostatnie miesiące miałam nadzieję na maila raz na jakiś czas: "Jest ok, żyję, jest dobrze."
Ale była cisza. Usprawiedliwienia szły codziennie: nowy kraj, nowa rzeczywistość, jakieś tam bariery, nauka języka, codzienne sprawy... ale czy to usprawiedliwia kogoś kto nie dba o przyjaźń, kto przestał być odpowiedzialny. Przecież to ona - moja siostra, powiedziała mi o tym i to ona mnie tego nauczyła i sama wyznaje taką zasadę: być odpowiedzialnym za przyjaźń.
Ja sobie popłakałam, a ona paliła papierosa. Miała czerwone oczy, ale nie wiem czy to przypadkiem nie od alergii. Od momentu przylotu uaktywniła się jej alergia, w UK tego nie ma.
A może było jej bardzo przykro? Bo mnie kiedy to wszystko mówiłam, było bardzo smutno i bardzo ciężko.
Nie stać mnie na luksus tracenia ludzi i palenia za sobą mostów. Jestem typem z którym ciężko się przyjaźni i poznaje. Dlatego walczę.
Teraz myślę, że to spotkanie powinno inaczej wyglądać. Powinno być radośniejsze. Teraz nie ma najmniejszego sensu przerabiać tego wszystkiego jeszcze raz.
Liczę tylko,że moja siostra to kiedyś przeczyta ...
Przyjaźń ocalała i jestem bardzo bardzo szczęśliwa z tego powodu, bo wiem, że nie zniszczy jej ani czas, ani odległość ani zmiany charakterów.
wrednie pozdrawiam Solarska vel 4emkaa

2 komentarze:

agrafka pisze...

Moze warto bylo jednak to wszystko powiedziec? Moze teraz sie troszke zmieni...?
Nie jest milo byc pozostawionym na zewnatrz,kiedy reszta ma "fun" i w dodatku piekne wlosy oraz nie ma czasu nas o tym informowac...
To ciezkie,ale czesto przejsciowe na szczescie :)
Trzymam kciuki za Was!
Agrafka,ktorej rowniez nie stac na wspomniane przez Ciebie luksusy.

Anonimowy pisze...

Myślę, że nikogo o zdrowych zmysłach nie stać na tracenie ludzi i palenie za sobą mostów. A przynajmniej nie powinno być stać. Przyjaźń, jak wiadomo, jest w życiu jednym z najcenniszych darów. Dlatego zawsze warto starać się o nią walczyć by ona przetrwała i dlatego dobrze że Ty umiesz i chcesz o nią walczyć. To cenne.
I.B.