blog

wtorek, 28 kwietnia 2009

miłość

Jestem nad Morzem Martwym. Jego zasolenie jest tak wielkie, że mogę swobodnie samodzielnie się utrzymywać na wodzie. 
Światło filtrowane  przez chmury tworzy na gładkiej powierzani jaskrawe, połyskliwe plamy. 
Moja skóra jest słona. Podpływam do brzegu i wychodzę z wody. Czuję jak stróżki wodny spływają po moich udach w dół. Czuję pieszczotę jego wzroku na moim karku. 
Słodka woda jest słodka i obmywa sól z ciał ... 
Biała, płócienna koszula powiewa na wierze... Nie zapięte dwa guziki u szyi ukazują złocistą opaleniznę.
Moja turkusowa tunika faluje.
Do wnętrza skórzanych sandałów dostają się ziarenka piasku z nadmorskiej plaży. Za 40 minut odjedziemy stąd. Aby uchwycić ten moment, dzień i zachować w pamięci to światło siadamy w kafejce pod gołym niebem twarzami do morza, przychodzi kelner. Zamawiamy po butelce zimnej wody, bez szklanek... Dostajemy je oszronione i mokre... i tak siedzimy przez resztę pozostałego czasu wolnego w pustej kafejce, kontemplując czas, odbytą kąpiel, słoność skóry, Morza Martwego i słoność naszych pocałunków... ze słodką wodą w tle. 

Otwieram oczy ...  to tylko sen. Jego ze mną nie ma i nie będzie. A Morze Martwe pewnie dalej niewzruszenie trwa jak trwało ...  to był  tylko piękny sen o miłości. 

Brak komentarzy: